Znajomy biegły rewident – kiedy opinia z drugiej ręki szkodzi audytowi
Każdy audytor prędzej czy później spotyka się z NIM. Nie figuruje w KRS, nie pojawia się na spotkaniach, nigdy nie podpisuje opinii, ale jego autorytet bywa – przynajmniej w oczach klienta – absolutny. Mowa oczywiście o legendarnym bohaterze audytowych anegdot: „znajomym biegłym rewidencie”.
Kim jest „znajomy biegły rewident”?
To postać niemal memiczna. Trochę jak słynny „syn koleżanki mamy z pracy”, który zawsze wie wszystko najlepiej – od leczenia przeziębienia po inwestowanie na giełdzie. W świecie audytu jego odpowiednikiem jest właśnie anonimowy ekspert, na którego opinię można się powołać w każdej sytuacji.
Co ciekawe, „znajomy biegły rewident” pojawia się zwykle w bardzo konkretnym momencie audytu. Najczęściej wtedy, gdy audytor prosi o dodatkowe dokumenty, wyjaśnienia albo potwierdzenia. W odpowiedzi można usłyszeć spokojne: „A bo mój znajomy biegły rewident mówił, że to w ogóle nie jest potrzebne”.
Kim jest ten znajomy? Trudno powiedzieć. Czasem to ktoś, kto „kiedyś robił audyty”. Czasem „kolega z poprzedniej pracy”. Bywa też „znajomym księgowej z innej spółki”. Nazwisko rzadko pada. Za to jego opinia potrafi pojawić się w niemal każdej dyskusji. Problem polega na tym, że audyt nie jest grą w telefon do przyjaciela.
Audyt to nie zestaw uniwersalnych porad
W praktyce każda spółka jest inna. Różnią się strukturą, skalą działalności, systemami księgowymi, procesami kontroli wewnętrznej czy poziomem ryzyka. Dlatego zakres procedur audytowych zawsze dostosowuje się do konkretnej sytuacji. Dokument, który w jednej firmie nie jest potrzebny, w innej może być kluczowy. To nie kwestia widzimisię audytora, ale standardów badania, oceny ryzyka i odpowiedzialności za wydawaną opinię. Tymczasem „znajomy biegły rewident” funkcjonuje w świecie uproszczeń. Tam wszystko jest zawsze prostsze, dokumentów jest mniej, a procedury – zdecydowanie krótsze.
Dlaczego audytor pyta o dokumenty?
Gdy audytor prosi o dodatkowe potwierdzenie, umowę czy analizę, zwykle stoi za tym konkretna przesłanka: zmiana w działalności spółki, istotna transakcja, nietypowe zdarzenie gospodarcze albo obszar podwyższonego ryzyka. Rolą audytora jest zebranie wystarczających i odpowiednich dowodów badania. Bez nich nie można rzetelnie ocenić sprawozdania finansowego – a tym bardziej podpisać opinii. Co ważne, to audytor podpisuje się pod wynikiem badania. Nie znajomy, nie kolega znajomego i nie anonimowy ekspert z audytowych opowieści.
Gdy „znajomy rewident” staje się problemem
Najczęściej powoływanie się na taką osobę wynika z dobrej intencji. Klienci chcą uprościć proces, ograniczyć formalności albo po prostu upewnić się, czy coś na pewno jest konieczne. Kłopot pojawia się wtedy, gdy taka opinia zaczyna podważać ustalenia prowadzonego audytu. W efekcie rozmowa o faktach zamienia się w dyskusję z… nieobecnym uczestnikiem. To trochę jak konsultowanie diagnozy lekarskiej przez „znajomego lekarza”, który nie widział pacjenta, wyników badań ani historii choroby.
Najlepszy „znajomy rewident”? Ten prowadzący audyt
Audyt działa najlepiej wtedy, gdy opiera się na współpracy i otwartej komunikacji. Jeśli coś budzi wątpliwości – zawsze warto zapytać audytora, dlaczego dana informacja czy dokument są potrzebne. W zdecydowanej większości przypadków za prośbą stoi bardzo konkretna logika badania. A jej celem nie jest mnożenie dokumentów, lecz zapewnienie rzetelności sprawozdania finansowego.
Dlatego gdy następnym razem w trakcie audytu pojawi się słynny argument: „bo znajomy biegły rewident mówił, że…”, warto pamiętać, że w procesie badania najważniejszy jest ten rewident, który rzeczywiście prowadzi audyt i bierze za niego odpowiedzialność. A „znajomy”? Cóż – on pozostaje bohaterem audytowych legend.